„Trudny dzień”, który wstrząsnął starym porządkiem

Nikt nie ma wątpliwości co do roli, jaką dla wybuchu Rewolucji Francuskiej odegrało zwolnienie Jacquesa Neckera z funkcji ministra, kryzys finansowy związany z wyprawą amerykańską i będący jego efektem głód, filozofia oświeceniowa, rosnąca świadomość polityczna bogacącej się burżuazji, lekceważenie trzeciego stanu. Niemniej kiedy mówi się o roli, jaką odegrała w tych wydarzeniach sama monarchia, wspomina się zazwyczaj anegdotyczne „niech jedzą ciastka” (przytaczam tak, jak się to mówi po polsku, choć tak naprawdę chodzi o słodkawe bułki – brioche), ewentualnie autentyczne rien („nic”) zapisane w dzienniku Ludwika XVI pod datą 14 lipca 1789. (Tu oczywiście następuje obowiązkowa debata o tym, czy król miał na myśli jedynie to, że nic tego dnia nie upolował, czy też szerszą perspektywę wydarzeń we Francji – jakby to robiło wielką różnicę w obliczu tego, co przecież działo się już wcześniej).

Tymczasem pierwszym wydarzeniem o wymiarze polityczno-propagandowo-sądowym, które bardzo mocno zachwiało podstawami ancien régime był zamach, który miał miejsce 5 stycznia 1757 roku. Zamach całkowicie nieudany, ale który powinno się wymieniać wraz z zamachem w Sarajewie 28 czerwca 1914 roku. Bez jednego i drugiego bowiem historia zapewne potoczyłaby się podobnymi torami, a tak po prawdzie ten z połowy XVIII w. realne konsekwencje miał większe.

5 stycznia 1757 roku niejaki Robert François Damiens, z zawodu służący, wypożyczywszy wcześniej na placu przed pałacem kapelusz i szpadę, aby nie wyróżniać się z tłumu, targnął się w Wersalu na życie króla Ludwika XV za pomocą scyzoryka o dwóch ostrzach o długości, wg dzisiejszych miar, ok. ośmiu centymetrów. Zamachowiec nie uciekał, ale w ogólnym zamieszaniu wycofał się w pobliże czekającego na króla powozu, gdzie został wkrótce rozpoznany. Według jednego z późniejszych świadków „nie spuszczał wzroku z króla i wyglądał jak pijany szaleniec”. Ludwik XV z początku myślał, że został uderzony łokciem lub pięścią, niemniej na widok krwi uznał, że został śmiertelnie raniony. Kazał więc „zatrzymać, ale nie krzywdzić” zamachowca.

Rana okazała się całkowicie powierzchowna – kilka warstw grubych zimowych ubrań zatrzymało ostrze, które tylko przecięło skórę między żebrami, nie zbliżając się nawet do żadnego z ważnych organów (nie miało zresztą żadnych szans, wybór broni świadczy po prawdzie o braku zamiaru zabójstwa). W połowie XVIII wieku to powinno było zakończyć sprawę: Damiensa skazano by zapewne na więzienie, może na galery, choć król mógł równie dobrze skorzystać z prawa łaski. Damiens był aż do roku 1756 człowiekiem o nieskazitelnej reputacji, a dziś trudno powiedzieć, czy pogłoski, jakoby już w dzieciństwie rodzeństwo nazywało go „Robertem diabłem” nie powstały dopiero w czasie procesu. Cierpiał prawdopodobnie na jakiś rodzaj zaburzeń osobowości lub psychicznych, być może był nadpobudliwy, wiele jednak wskazuje, że cokolwiek to było, choroba rozwinęła się dopiero w ostatnich latach życia – wcześniej jako pracownik miał dobre opinie (najpierw był służącym w wojsku, potem w kolegium jezuickim, a w końcu, kiedy ożenek uniemożliwił mu dalszą pracę w instytucji kościelnej, w licznych prywatnych, zamożnych domach paryskich). W czasie procesu przywoływano wprawdzie jako powody częstych zmian miejsca zatrudnienia porywczość i impertynencję, ale w czasie procesu Damiens był już de facto skazany, trudno więc uznać te świadectwa za całkowicie bezstronne i wiarygodne.

W lipcu 1756 bez wyraźnego motywu obrabował nowego pracodawcę, przebywającego w Paryżu rosyjskiego kupca, po czym uciekł w rodzinne strony, pod Arras (pochodził z wioski La Thieuloye). Pół roku później wrócił do Paryża…

Nie ma pewności, jakie pobudki kierowały Damiensem na początku stycznia 1757. Z akt procesu i wielu późniejszych opracowań – a jako jeden z pierwszych wspomina o nim Voltaire w Kandydzie – wyłaniają się liczne możliwości, niekoniecznie się zresztą wzajemnie wykluczające. Najczęściej wspomina się o możliwych sympatiach jansenistowskich – konflikt między tym odłamem religijnym, występującym m.in. przeciwko absolutyzmowi władzy, a katolikami reprezentowanymi głównie przez jezuitów, był jednym z najbardziej żywych problemów nękających ówczesną Francję.

Jansenizm, mający doktrynalnie wspólnego z kalwinizmem, a więc i francuskim hugenotyzmem, został potępiony przez kolejnych papieży, niemniej w wersji „słabej” cieszył się sporą popularnością także wśród francuskich katolików, zwłaszcza w zakonach o surowych regułach oraz wśród zwolenników gallikanizmu, czyli dużej niezależności kościoła Francji od Rzymu. Jansenizm był też drogą pośrednią dla zwolenników protestantyzmu, którzy po wydaniu przez Ludwika XIV edyktu z Fontainebleau, znoszącego tolerancyjny edykt nantejski Henryka IV, był we Francji nielegalny.
Więcej na ten temat w notce Francuscy protestanci wracają do łask.

Wiadomo, że Damiens służył w wielu domach zwolenników jansenizmu, bez trudu zatem mógł przesiąknąć takimi ideami. Nie wyklucza to hipotezy drugiej – że na służbie u paryskich urzędników i zamożnych mieszczan, przedstawicieli stanu trzeciego, a taki był profil jego pracodawców, nasłuchał się uwag krytycznych wobec absolutyzmu, władzy królewskiej, wreszcie wszechwładzy królewskiej faworyty, Madame de Pompadour. (Warto przy tym zauważyć, że królowa Maria Leszczyńska cieszyła się wciąż sporą sympatią poddanych, co dodawało punktów ujemnych królowi i jego metresom). Po czterdziestu latach panowania i jedynej większej wojnie – o sukcesję austriacką – uważanej za wielką klęskę Francji, „dobry król” Ludwik XV, popadający w dewocję i żyjący w coraz większej izolacji od poddanych, już od kilku lat tracił gwałtownie popularność. Na dodatek szykował się źle widziany sojusz francusko-austriacki przeciwko Anglii. Szczególnie krytyczne wobec króla były tzw. parlamenty, czyli niezależne sądy apelacyjne działające w różnych miastach, mające również władzę zatwierdzania na swoim terenie królewskich praw. Wiadomo, że Damiens służył w domach kilku członków najbardziej wpływowego Parlamentu Paryskiego.

Damiens oświadczył w sądzie, że „nie zamierzał zabijać króla, że zabiłby go, gdyby tego chciał. Zrobił tylko tyle, żeby pozwolić Bogu dotknąć króla i przywieść go do zaprowadzenia porządku i przywrócenia spokoju w Państwie”.

Pieces originales et procédures du procès, fait à Robert-François Damiens (Paris, 1757)

W tym kontekście zwrot, jaki przybrała sprawa, był z punktu widzenia monarchii aktem samobójczym, aczkolwiek na reperkusje przyszło czekać jeszcze ponad trzydzieści lat.

Przede wszystkim sam król i ludzie z jego najbliższego otoczenia od początku nie byli w stanie dać wiary w to, że Damiens działał sam. Pierwszym torturom poddano nieszczęśnika jeszcze w Wersalu, tuż po schwytaniu, powtarzał jednak uparcie, że nie miał żadnych wspólników. Później, podczas procesu, również było to jednym z głównych wątków, zwłaszcza od kiedy oskarżony wskazał arcybiskupa Paryża jako „źródło wszystkich niepokojów”, a następnie oznajmił, że takie jest powszechne mniemanie. Szybko pojawiło się zeznanie, mówiące o Damiensie przygotowującym zamach na arcybiskupa, ale próba wydobycia z oskarżonego nazwisk rzekomych spiskowców spaliła na panewce. Pojawił się natomiast list – wymuszony torturami albo też sfałszowany apokryf – w którym więzień rzekomo przyznawał się nie tylko do próby zabójstwa, ale i do planowania zamachu na Delfina. W tym liście pojawia się również znane z procesu oskarżenie wobec arcybiskupa.

Po drugie król wpadł w histerię. Uznał, że zamach jest znakiem od Boga – ale zupełnie innym niż planował Damiens. Mianowicie znakiem, że król wiedzie rozpustne życie. Wciąż przekonany, że rana jest śmiertelna, kazał wezwać królową, powitał ją słowami „zostałem zamordowany”, a następnie wyznał jej prawdę o wszystkich swoich romansach i zażądał ostatniego namaszczenia. Zważywszy, że królewski medyk już kilka godzin wcześniej uznał ranę za niezagrażającą nawet zdrowiu, wydaje się to zbyteczną paniką. Trudno powiedzieć, czy relacje są przesadzone, czy histeria była prawdziwa, czy też w tym szaleństwie była metoda. Niewątpliwie, jakkolwiek na dworze spekulowano o możliwym jeszcze mocniej projezuickim zwrocie, królewska skrucha była krótkotrwała. Dwór w ciągu kilku miesięcy wrócił do dawnego życia, a Ludwik XV nie porzucił życiowych przyjemności nawet w obliczu kolejnych śmierci w rodzinie przez kolejne dwadzieścia lat jego bardzo długich rządów.

Tymczasem w Paryżu histeryczny nastrój dworu udzielił się tłumom, które czuwały na ulicach, czekając na wieści o zdrowiu króla. W tej sytuacji Ludwik XV wystosował 15 stycznia bardzo specyficzną notę, w której z jednej strony zapewniał, że z pobudek religijno-miłosiernych przebaczyłby zamachowcowi, niemniej ze względu na nastroje poddanych musi żądać pomszczenia czynu. W nocie używa się wielokrotnie określeń „zbrodnia” i „zamach”, król odwołuje się też do lojalności Parlamentu, co mogło być odebrane jako zawoalowana groźba. W jakim kierunku będzie zmierzać sprawa, było widoczne już kiedy nocą z 17 na 18 stycznia przewieziono Damiensa do Conciergerie i wtrącono do tej samej celi, w której prawie półtora wieku temu osadzono François Ravaillaca, zabójcę Henryka IV.

Na dodatek na swoje nieszczęście Damiens podczas procesu nie ukrywał tego, co wie o uczuciach członków Parlamentu paryskiego, co nastawiło przeciwko niemu sąd. W rezultacie wobec zamachowca, który ledwie drasnął króla, postanowiono nie tylko wysunąć oskarżenie o crimen laesae maiestatis, ale także zastosować prawo o królobójstwie i stosowne do niego kary. Ostatni raz zastosowane wobec wspomnianego Ravaillaca, który jednakowoż, w przeciwieństwie do Damiensa, króla nie tylko zabił, ale i cały czas przyznawał, że to właśnie planował i wykonał. Skądinąd ponieważ w przypadku zamachu z 1610 roku tło religijne było bardzo mocne (tyle że zabójca był katolikiem, pragnącym zapobiec ponownemu zbliżeniu Henryka z protestantami), to również mogło rzutować na wyolbrzymianie podobnego wątku w sprawie Damiensa.

Tego ostatniego pod wieloma względami potraktowano jeszcze gorzej: w celi przywiązano go nieruchomo do łóżka, dopiero interwencja lekarza pozwoliła mu na krótką przechadzkę po celi raz dziennie. Aresztowano całą jego rodzinę. Proces odbywał się przez ponad miesiąc bez obecności oskarżonego, którego przesłuchiwano potajemnie w celi. Kiedy zaś dopuszczono go do zeznań, utrudniano je poprzez pokrętnie zadawane pytania. W końcu zaś nieszczęśnika skazano na karę złożoną i wyjątkowo okrutną: najpierw upokarzające i hańbiące „przeprosiny” (amende honorable), następnie wyjątkowo okrutne, skomplikowane tortury, trwające na dodatek nieprzewidzianie długo ze względu na silny organizm skazanego (szczerze mówiąc, przeczytałam raz ich dokładny opis i nie chcę go sobie nawet w ogólnym zarysie przypominać; jak ktoś koniecznie pożąda, to może sam poszukać, ale proszę nie mówić, że nie ostrzegałam) i śmierć. W egzekucji wzięło udział szesnastu katów sprowadzonych z całej Francji; żaden z nich nie miał – bo nie miał skąd – doświadczenia w torturach przewidzianych dla królobójców.

Damiens miał powiedzieć 28 marca 1757 roku, tuż przed rozpoczęciem całodniowej kaźni „to będzie trudny dzień”, co następnie cytowano zarówno w jego obronie (jako człowieka głębokiej wiary, pogodzonego z losem), jak i przeciwko niemu (w tym przypadku miało świadczyć o braku wyższych uczuć „diabła”). Zainteresowanie było ogromne, ludzie wynajmowali miejsca przy oknach na Place de Grève za ogromne sumy, nie obyło się nawet bez ofiar śmiertelnych wśród ciekawskich. Podobno jednak nawet w żądnym igrzysk tłumie wielu osobom robiło się słabo podczas tej egzekucji, o czym wspomina w pamiętnikach m.in. naoczny świadek, Giacomo Casanova. Główny kat paryski, Nicolas-Charles-Gabriel Sanson, z wielopokoleniowej rodziny mistrzów, odszedł z zawodu po wykonaniu tego wyroku. Jego bratanka Charlesa-Henriego, który w wieku osiemnastu lat asystował przy kaźni, jej obrazy prześladowały ponoć do końca życia, mimo że nie tylko nie pożegnał się z rodzinną profesją, ale miał zyskać ponurą sławę jako główny obsługujący gilotynę…

Na dodatek na tym nie zakończyła się kara symboliczna. Jego rozczłonkowane ciało spalono, a prochy rozsypano na wiatr. Ponadto o ile rodzinę Ravaillaca ukarano wygnaniem (rodzice) lub przymusem zmiany nazwiska (reszta krewnych), o tyle bliską rodzinę Damiensa (ojca, żonę i córkę) skazano na wygnanie pod groźbą śmierci (król łaskawie przyznał im pensję mającą ochronić ich przed nędzą), resztę rodziny również na zmianę nazwiska, natomiast jego dom zrównano z ziemią z zakazem budowy czegokolwiek na jego miejscu. Nawiasem mówiąc, spora część rodziny wróciła do nazwiska za czasów rewolucji.

Jak na ironię, gdyby król czy Parlament chcieli w białych rękawiczkach pozbyć się Damiensa jako źródła plotek o poglądach sędziów albo nawet religijnego dysydenta, to dało się go po prostu skazać za kradzież – w owym czasie służącemu okradającemu swojego pana zasadniczo groziła kara śmierci przez powieszenie…

Nieprzystająca kompletnie do oświeconych czasów kara wymierzona Damiensowi miała jednak w zamierzeniu pokazać całemu światu, a zwłaszcza ludowi Francji, że monarchia, a także osoba króla jest święta i dla osób podejmujących jakikolwiek zamach przeciwko niej, nie ma przebaczenia. (To skądinąd znów wątek związany ze sporem religijnym, bo janseniści oponowali przeciwko sakralnemu wymiarowi władzy królewskiej). Stało się jednak inaczej. Sprawa trafiła na karty pism oświeceniowych filozofów, a także wczesnych krytyków kary śmierci nie tylko we Francji i szybko zaczęła zamieniać się w symbol degeneracji monarchii, tyranii absolutyzmu, barbarzyństwa i bezprawia. Wiele lat później wysuwano nawet hipotezy, że bezprzykładne okrucieństwo, z jakim potraktowano Damiensa w imię przestarzałego prawa i wyobrażeń o boskiej sankcji władzy, stało się jedną z przyczyn nieprzejednanej nienawiści ludu do rodziny królewskiej i arystokracji podczas rewolucji. Próby usprawiedliwiania reakcji sądu i wyroku, a także braku ostatecznej łaski królewskiej, szokiem, jakim był pierwszy zamach na osobę królewską po prawie stu pięćdziesięciu latach też były raczej przeciwskuteczne. Prawie dokładnie trzydzieści sześć lat po „sprawie Damiensa”, 21 stycznia 1793 roku, lud paryski patrzył jak Charles-Henri Sanson podnosi odciętą głowę króla Ludwika XVI, wnuka Ludwika XV.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s